Podlasie: gdzie kupić smakołyki i co ze sobą przywieźć
Jak mogliście zauważyć po przepisach na blogu, na codzień nie jemy z Radkiem mięsa innego niż ryby i owoce morza jednak, kiedy jedziemy na wakacje dajemy sobie dyspensę, żeby popróbować lokalnych smaków. Podlasie mięsem stoi, więc wyczerpaliśmy chyba ilość mięsa, które mogliśmy zjeść w całym roku ☺ W tym i kolejnym wpisie chciałabym Wam zarekomendować restauracje i bary, które zrobiły na nas największe wrażenie i które zdecydowanie warto odwiedzić jak i miejscówki typu stragany, cukiernie, lokalni producenci, czy rolnicy, u których możemy się zaopatrzyć w świetnej jakości produkty na śniadanie, czy żeby wziąć je ze sobą do domu i przywołać fajne wspomnienia. Ekstra nadają się też na prezenty dla bliskich po powrocie, bo smakołyki (i rękodzieło) to świetna alternatywa dla chińskich magnesów. Jeśli przy pozycjach nie ma linków, to znaczy, że nie mają strony internetowej.
Najpierw skupię się na tym drugim rodzaju miejscówek i zacznę od...
1) ...naszych sąsiadów w Pasiecznikach. O konkretny adres w tej malutkiej wioseczce musicie popytać lokalnie, bo chyba nie prowadzą żadnej działalności, a swoje produkty robią głównie z myślą o sobie, swojej rodzinie i znajomych. Mają na pewno sporą hodowlę kurek, które karmią karmą eko - swoimi własnymi roślinami i zbożami, więc możecie się u nich zaopatrzyć w wiejskie jajka. Ponadto, sąsiad jest emerytem i jak sam powiedział, większość czasu spędza w lesie i ogrodzie zbierając, co natura dała. Grzybki (zielone gąski) w zalewie octowej to petarda, zioła świeże i suszone, o których właściwościach zdrowotnych wiele się dowiecie to mega ciekawostka, ale szczególnie w co warto się zaopatrzyć, to domowe nalewki robione na bimbrze. Wszelkie pigwówki, malinówki, nalewka z pędów sosny, wiśniówka bez dodatku cukru, czy innych słodzików albo pieprzówka to tylko niektóre z pozycji z piwniczki gospodarzy. Szczególnie polecam wiśniówkę bez cukru - jest prawie czarna i tak mocno owocowa, że gwarantuję - nie piliście jeszcze czegoś takiego. Po stokroć polecam!
2) Kolejny hit to eko gospodarstwo w Wilukach po numerem 10. Wiluki to mała wioska kilka kilometrów od Pasieczników i niecałe 20 od Hajnówki. Zaopatrzycie się tu głównie w robione przez właścicieli wędliny – wędzoną szynkę, boczek, pieczoną karkówkę i najkruchszą kiełbasę jaką jadłam w życiu. Ale też swojskie masło, kwaśną śmietanę, sery korycińskie z czosnkiem niedźwiedzim i czarnuszką, sok malinowy, wypiekany przez gospodynię chleb i robione przez nią pierogi. Ceny bardzo pozytywnie zaskakują, a jakość produktów jest wyśmienita. Wracaliśmy tu kilka razy podczas naszego pobytu. Na zdjęciu kanapki ze swojskiego chleba z Wiluków z ich masłem i serem zagrodowym 😋
3) Miodosytnia Podlaska to miejsce, gdzie zaopatrzycie się w miody pitne i naturalne, które świetnie sprawdzą się jako pamiątka do domu lub jako prezent z Podlasia. Przez to, że nie jestem fanką słodkich alkoholi i raczej sięgam po wytrawne wino czy rzemieślnicze piwo, z miodami pitnymi nigdy nie było mi po drodze. Te, których próbowałam były zwykle za słodkie, ale fakt, że w Miodosytni Podlaskiej mieszają miody z sokami owocowymi i trawą żubrową sprawił, że postanowiłam dać im szansę i nie żałuję – kupiliśmy wszystkie trzy rodzaje i po spróbowaniu trójniaka z gruszką (na zdjęciu poniżej) mogę powiedzieć, że miody pitne naprawdę nam posmakowały. Gospodarz zapewnił nas też, że w procesie produkcji miód nie jest podgrzewany, aby zachować jego pełny smak jak i zdrowotne właściwości. No i nazwa miodów jest trafiona w 10-tkę – Imperator Puszczy. Możecie kupić te specjały lokalnie w Sakach, gdzie zwiedzicie też piękną drewnianą cerkiew lub w sklepie internetowym.
4) Wędzarnia Dunikowscy to stricte mięsna miejscówka, która na Podlasiu ma trzy sklepy stacjonarne. Najbardziej polecam odwiedzić ten przyzakładowy w Proniewiczach pod Bielskiem – sklep ma ogromny wybór, a i budynek wędzarni pozytywnie zaskakuje, bo nie jest popeerelowskim kwadraciakiem, a stylizowanym na drewniane chaty dużym budynkiem ze skośnym dachem i drewnianą elewacją. Kupicie tu wędzoną na surowo ligawę wołową (na zdjęciu powyżej w towarzystwie talarków ziemniaczanych), suszone kiełbasy, kaszanki, kiszkę ziemniaczaną, prasowaną słoninę z ziołami, weki, pasztety, salcesony i wiele innych cudów – wszystko pyszne i znów: ceny za takie specjały bardzo pozytywnie zaskakują. Co warto zaznaczyć – wędzarnia prowadzi sklep online, więc nie trzeba jechać na Podlasie, żeby spróbować ich lokalnych przysmaków. Właśnie w ich sklepie internetowym robiliśmy zakupy dla teścia na Dzień Ojca i wszystko przyszło dobrze zabezpieczone, a teść zachwycony. Na miejscu w sklepie kupicie też m.in. sery korycińskie, zioła i herbaty z lokalnej firmy, sosy do mięs itp. No, nie ma takich sklepów mięsnych we Wrocławiu. Na kolejnym zdjęciu niefotogeniczny duet kaszanki i kiszki ziemniaczanej, ale kto by się przejmował jak wygląda niebo w gębie, jeśli ląduje ... w gębie ;)
5) Cukiernia Junakor w Milejczycach to z kolei obowiązkowy punkt dla łasuchów. Cukiernia specjalizuje się w dwóch lokalnych wypiekach – sękaczach i mrowiskach i ja to bardzo szanuję – nie kupicie tu wuzetek, kremówek, czy innych pączków – tylko lokalny, tradycyjny produkt. Można się po tym spodziewać, że jakość i wykonanie będą mistrzowskie i tak też jest. Z mrowiskiem z Radkiem się nigdy nie spotkaliśmy – jest to kopiec z płatów ciasta podobnego do faworków – bardzo delikatnych, wszystko to polane jest miodem i posypane bakaliami jak suszona żurawina i wiórki kokosowe. Sękacze dostaniecie od wagi 0,5kg, co daje nam około 30cm sękacz, który kosztuje tylko 25zł, do wielkich czterokilogramowych, imponujących bestii z ciasta. Każdy wypiek jest ładnie zapakowany, owinięty wstążką z metką z najlepszym, bo prostym składem. Przykładowo skład sękacza to tylko jajka, masło, mąka, cytryna, cukier i aromat śmietankowy. Wypieki z Junakora są bardziej jak domowe ciacho niż kupny produkt – świetne na prezent, na zdjęciach ich przepyszny sękacz.
6) Delikatesy przy restauracji Halva w Białymstoku, o której przeczytacie też w kolejnym wpisie, to gratka dla fanów kuchni tatarskiej, litewskiej i ukraińskiej. Dostaniecie tu wypiekane w restauracji przepyszne kibiny (pierogi z ciasta krucho drożdżowego o przeróżnych nadzieniach), śliwki w occie, pomidory w zalewie, mięsiwa pasteryzowane w słoikach, lemoniady litewskie w ciekawych smakach, adżikę (ostry sos paprykowo-pomidorowy), kwasy chlebowe i wiele innych specjałów. Niestety po całodziennym zwiedzaniu zachowało się tylko jedne zdjęcie kibina z nadzieniem z kapusty, bo rzuciliśmy się na nie jak dzicy. Niech ten fakt zaświadczy o tym, jak były dobre.
7) I last but not least... targowisko przy ulicy 3 Maja w Hajnówce. Bardzo niepozorne, przy ulicy, między blokami – no nie jest to fotogeniczna miejscówka. Jest to jednak taki targ, jakie pamiętam z dzieciństwa – prawie wszyscy sprzedający mają w ofercie tylko własne produkty i wyroby. Przy pierwszej wizycie na Podlasiu kilka lat temu zaopatrzyłam się tu w wiklinowy kosz na rower, który służy mi do dziś. Pamiętam, że pan, który go sprzedawał w międzyczasie wyplatał nowe kosze popalając fajkę. Jednak najbardziej polecam Wam zaopatrzyć się tu w swojskie wyroby lokalnych gospodyń: przecier szczawiowy w słoikach po majonezie, podobnie zawekowaną ćwikłę, która po sekundzie w buzi sprawia, że ciekną wam łzy i udrażnia się nos, ogórki kiszone z liśćmi dębu w plastikowych butelkach po mleku, świeże mleko właśnie, sery z niego i śmietana – no cuda! Bardzo lubię to miejsce. Oczywiście kupicie tu też świeże owoce i warzywa. A must podczas wizyty w Hajnówce. Na zdjęciach chłodnik na zsiadłym mleku od gospodarza, ze szczawiem zajęczym z lasu i jajem od podwórkowej kurki od sąsiadów. No i wspomniane już ogórasy, po których Ciasteczkowy Potwór ponoć przerzucił się na kiszonki.

Ze względu na fakt, że wspominam trochę o tym, co warto przywieźć ze sobą lub jak sprawić komuś bliskiemu fajny prezent, w podsumowaniu wspomnę jeszcze o dwóch miejscach, jeśli chcecie, aby coś zostało z Wami na dłużej niż torba łakoci. Pierwszym jest niepozorne i na pierwszy rzut oka bardzo turystyczne drewniane stoisko w Białowieży przy głównym parkingu obok PTTK. Prowadzi je starszy Pan i kupicie tu przeróżne rzeczy wykonany z drewna jesionowego i zaimpregnowane olejem jadalnym – deski do krojenia różnych rozmiarów, talerzyki do serwowania przystawek, wielkie misy i malutkie miseczki. Każda inna, o trochę nieregularnych brzegach - wykonane dłutem. Kiedy podeszliśmy do stoiska pan akurat rzeźbił figurkę żubra. Każdy przedmiot jest unikatowy i widać ręczną robotę, a kosztują tyle samo lub mniej niż fabryczne produkty wycianane maszynowo z bambusa. Dla przykładu - kupiliśmy tu wielką grubą misę na sałatę za 80 złotych podczas, gdy u producentów taśmowych za podobne rozmiarowo miski, ceny rozpoczynają się od 100-120 złotych. No i nie mają duszy ☺

Drugim miejscem jest przyczepa przy drodze do Kruszynian z wyrobami tradycyjnymi, ale przede wszystkim z ceramiką z Pracowni Mistrza Jana. Pan Jan sam wykonuje wszystkie produkty – wydobywa glinę na nie w Puszczy Knyszyńskiej, formuje na kole garncarskim, wypieka w tradycyjnym piecu w temperaturze 1000 stopni, później maluje i szkliwi. Są to małe dzieła sztuki, a i ceny za nie nie przyprawiają o zawrót głowy. Możecie pooglądać i kupić te cudeńka również na stronie internetowej. My kupiliśmy sobie trzylitrowy garnek do zapiekania w piecu, który świetnie sprawdzi się też jako waza na zupę, czy jako słój do kiszenia ogórków.









Komentarze
Prześlij komentarz